2013/07/09

Whiskey in the jar.

Whiskey in the Jar, Poznań, Stary Rynek 56.
Wczorajszy brak aktywności wynikał z zawieszonego pasjansa w głowie. Mam taki klasyczny problem - jak idę na poranną zmianę to z niedzieli na poniedziałek nie potrafię spać. Czego bym nie próbował. A jak do tego doszło niewyspanie z nocy sobota/niedziela to wychodzi dzień na autopilocie. Nad ranem obczaiłem pięć odcinków wspomnianego wczoraj Shingeki no Kyojin, po pracy spokojnie obejrzałem resztę. I tyle, doba zeszła.

Poniedziałki nie bywają dniami na produktywność.


Shingeki no Kyojin to seria, która mnie zastanawia. Jednocześnie jest tam trochę powodów dla których nie oglądam już anime, z drugiej strony zaskakująco wciąga.
Po obejrzeniu pierwszych dwóch odcinków niespecjalnie wiedziałem co myśleć o tym wszystkim. Z jednej strony hej, świetna, mocna kreska, dynamiczne ujęcia, zarys na całkiem niezłą fabułę, z drugiej, nie wiem. "HEJ, ZRÓBMY ANIME. Z LUDŹMI. I LUDŹMI. ALE CI LUDZIE BĘDĄ JEBUTNI I BĘDĄ JEDLI LUDZI. CZADZIK? CZADZIK!" - mniej więcej. Idąc dalej w fabułę nie czuję się przekonanym do idei tego, że świat miał się całkiem fajnie aż nagle TYTANI. Tytani, którzy w sumie jarają się tylko jedzeniem ludzi, wszystko inne ignorują. Jeść ich nie muszą, bo sto lat diety wytrzymały. Organów rozrodczych nie widać, to nikt nie wie jak się mnożą. To wszystko jest takie... Z kosmosu. Za to tej serii wybaczę wszystko w zamian za ten przecudowny opening (podany w poprzednim wpisie) oraz za mechanikę poruszania się na Three Dimensional Maneuver Gear, co uważam za tak niemożebnie dobry wynalazek, że głowa mała. Seria jest dobra, jest dynamiczna, jest ciekawa. Mangi nie ruszałem, może kiedyś. Co ciekawe, to pierwszy przypadek jaki spotkałem, gdzie opening ma zupełnie niezależny od serii fandom.
Zamulony brzeg przy św. Rochu

Dzisiejszy dzień cechował zaskakująco miły relaks. Spacer na plażę nad Maltą, trochę kąpieli, megarozpusta w Whiskey in the Jar. Borze tucholski, jakie tam jest wspaniałe jedzenie! I jak wspaniale podane! I jaka dobra muzyka leci! Razem z Najlepszą z Narzeczonych mamy silne postanowienie odwiedzać to miejsce raz w miesiącu. Warto jak nic. Całkiem przyjemny dzień, chociaż trochę krótki. Zapewne jak każdy dobry dzień, hm?

Z ciekawostek, wracając przechodziliśmy przez most św. Rocha, gdzie mieliśmy okazję podziwiać ciągle obecne skutki podniesienia wody. Najbardziej urocza na świecie była kacza rodzina w zestawie Mama Kaczka i Osiem Kaczątek, która to rodzina dzielnie żłobiła trasę w mule, a kaczątka bardzo grzecznie sunęły w rzędzie za matką. Sytuację ciepło też skomentował rowerzysta, który po rzucie okiem rzekł "Ale mułem zajebało". Uczucie w narodzie nie ginie.

Jutro znów do pracy. Głęboki wdech, oby do przodu. Powoli, ale stabilnie. Dzwonił Ajnsztajn. W następną sobotę idziemy do IMAX na Pacific Rim. Nie mogę się doczekać.


Dziś w kąciku muzycznym wyjątkowo wrzucam kawałek, który już raz był na blogu. Dlaczego to robię? Ponieważ Machinae Supremacy pokazało co to klasa i zrobiło klip używając wyłącznie bootlegów z ich koncertów. Enjoy:



Dozo!