2012/12/12

Zbyt biała dla czarnych.

Spojrzałem na dzisiejszą datę i nie zauważyłem nic. W pracy za to uświadomiono mnie jakieś czterdzieści pięć razy (bo każdy kierowca przy każdym liście przewozowym na każdym wyjeździe), że jest fajna data. Po dwudziestym razie nie chciało mi się nawet odpowiadać "no nie?". Dotarło też do mnie, że po dwunastu konsekwentnych razach nie spotka nas już za tej kadencji życiowej powtarzalna data. To trochę przygnębiające. Satsu optymistycznie napisała mi na facebooku, że wystarczy, że przebijemy setkę i doczekamy. Wyśmiałem ten pomysł.

Moja poprzednia nota miała całkiem spory odzew, głównie kanałami prywatnymi. Od wyrazów zrozumienia po ofertę pracy. To było miłe, dziękuję wam za wsparcie. 


Oraz zaskakujące i trochę smutne jest to, ilu z nas ma takie problemy. Przyznam, że wyrzucenie tego z systemu wypisując to wszystko na blogu sprawiło, że zrobiło mi się trochę lżej na duszy i jakoś spokojniej przeżyłem kolejne dni. Nadal były pełne stresu, niedoboru ludzi i naciąganiu wielu rzeczy, ale jakoś tak... Spokojniej. Z większym dystansem. Poszedłem za mądrą radą z komentarza Leszka i nadal pracuję i ogarniam najlepiej jak potrafię. Tak samo istotna jest informacja z obrazka powyżej. Im mniej się przejmujesz, tym mniej się stresujesz. Nabierzmy wszyscy tego dystansu, odczepmy się od tego, co nas wkurwia i zróbmy coś miłego. Jakby ktoś mnie zobaczył teraz, to normalnie oaza spokoju - Hey z radia, otwarta butelka czerwonego, półsłodkiego wina, radosne, nieco monotonne klepanie w klawiaturę i zastanawianie się dlaczego jedna edycja The Hitchhiker's Guide to the Galaxy ma 160 stron, a druga 328. Mam nadzieję, że miły/a pan/i z allegro mi szybko odpisze, chcę sobie w końcu kupić tę knigę. Chodzi za mną od gimnazjum i jakoś nigdy się nie złożyło.

Pojutrze wraca Najlepsza z Narzeczonych. Nie mogę wysiedzieć z radości. DAMN!

Z innych ciekawostek o których zapewne słyszał każdy przeciętny użyszkodnik sieci i do czego piję w tytule - Miss Francji. Jeżeli ktoś nie wie, to z radością wtajemniczę:
Jest sobie dziewczę dziewiętnastoletnie, Marine Lorphelin, które miało szczęście, zaszczyt, etc, zostać Miss. Co mogło pójść nie tak? WSZYSTKO. Bo panienka Lorphelin jest zbyt biała i wybranie jej było rasistowskie, bo ona w ogóle nie wygląda jak porządna Francuzka, ta studentka z Lyonu. Według organizacji  zrzeszającej mniejszości etniczne w kraju porządnych win i zacnych serów, zdecydowanie lepiej oddałaby korzenie Francji panineka czarnoskóra z Karaibów. Coś fantastycznego. Ja może mam te nieszczęsne, stereotypowe spojrzenie buca zza granicy, ale dla mnie młoda Marine wygląda jak Francuzka której obraz mi wpojono za dzieciaka. Tylko powinna mieć jeszcze beret, biały golf w poziome, czerwone paski oraz bagietkę w jednej dłoni, a w drugiej papieros w długiej fifce. Ale co ja wiem, nigdy Francji nie widziałem. Zresztą, z opowieści Dextera raczej rysuje się kraj nieco makabrycznie odbiegający od moich wyobrażeń, zatem będę się trzymał dziecięcych ułud wpompowanych we mnie przez tę okropną telewizję. Dobrze mi z tym.

Kolejnym obrazoburczym materiałem był dla mnie artykuł z Focusa o tym, że wampiry nie miałyby prawa bytu, bo każdy z nich miałby okropną cukrzycę i śniadą cerę. Suck it, Twilight fans.

Dla informacji ogólnej: według danych dostarczonych mi przez jednego z naszych kierowców, koniec świata zapowiedziany na 21 grudnia (godzina 10:00 czasu Moskiewskiego) odwołano z bliżej niewyjaśnionych przyczyn. Możecie swoje konserwy zachować na lepsze czasy. Wyobraziłem sobie Pana Prezydenta Świata, który wychodzi i mówi "Słuchajcie, odwołujemy to, Markowi nie leży, musi iść z kotem do weterynarza. Dogadamy inny termin, wracajcie do swoich obowiązków". Pan Prezydent Świata był wysokim brunetem. Był także żydowskim, czarnym Azjatą z korzeniami Indiańskimi. Tak, żeby wkurwić wszystkich po równo.

Czas zakończyć ten wpis o niczym tradycyjną piosenką. Na dzisiaj mam dla was kawałek, który cały dzień siedział mi w głowie i jest wcale niezły:


Chociaż nie ukrywam, że wolałem, jak śpiewał z nimi Tomasz Kłaptocz. Mam bardzo duży dylemat odnośnie tego zespołu, po zmianie wokalisty nadal są świetni, przy czym ni cholery nie pasują mi do stylu starych Akuratów, do których sentyment mam potężny, bo ich koncert był moim pierwszy koncertem w życiu. Teraz na ich koncert bym nie poszedł, bo pomimo tego, że stworzyli trochę materiału z Piotrem Wróblem nadal część mnie bałaby się, że spróbują zagrać coś ze starszych czasów. Jakby wystartowali z nową nazwą, na rozkręcenie tylko podpisując, że skład eks-Akurat to pewnie też by się spokojnie wybili. Kiedyś z Palnikiem żartowaliśmy, że powinni nazwać się Azaliż.

Z kolei Myslovitz z Michałem Kowalonkiem to zajebiste nieporozumienie. Brzmią jak Mysłowicki zespół indie zamiast zgrabnego alternatywnego rocka okraszonego Rojkowym zawodzeniem.

Do przeczytania!