2012/12/10

Kilka setek owiec.


Nie mogę spać. Po raz kolejny przed poranną zmianą mam problem z przestawieniem sobie zegara. Przez dwa tygodnie chodzę na takie zmiany, jak 15:00 - 23:00, 20:00 - 04:00, 23:00 - 07:00, aż tu nagle i złowieszczo pojawia się tydzień z pracą, która nad ranem się rozpoczyna, a nie kończy. Za oknem szaro, mogło być gorzej, wszystko w życiu zdarzyć się może, cytując za Farben Lehre.


W takie na wpół bezsenne (bo w końcu spałem dwie godziny!) noce wiele rzeczy przechodzi mi przez głowę. Jedną z nich jest moja praca. Jak zaczynałem w tym miejscu niespełna półtora roku temu, wszystko wyglądało inaczej. Jarało mnie to, bardzo. Byliśmy młodym magazynem, który miał dużo do udowodnienia spółce, ja byłem świeżym pracownikiem, który miał dużo do udowodnienia pracodawcy, było nas niewielu na tych dwunastu tysiącach metrach kwadratowych, bo jeszcze większość ludzi była w starym magazynie, w Swarzędzu. I zdanie każdego z nas się liczyło. Jak miałeś pomysł, mówiło się o nim głośno. Jak się sprawdzał, to rewelacyjnie, jak nie, to cóż, życie. Może ktoś inny znajdzie lepszy sposób na rozwiązanie problemu. 

I to było ekstra, wiecie? Każdy miał wpływ na pracę, którą wykonuje, czując, że dzięki temu ma dużo większą kontrolę nad jakością tego, co robi.

Nie mogliście nie zauważyć czasu przeszłego. No właśnie. Wiecie, jak teraz to wygląda? Przenieśmy się do tak zwanej "brutalnej teraźniejszości". Dużo się pozmieniało, ja zdążyłem dwa razy awansować, przeniesiono mnie na inną zmianę, dostałem nowego kierownika, zmienił się zastępca kierownika magazynu, pracy i ludzi przybyło, pojawiła się nowa kierownik zmiany. Cud, że z Damianem ciągle trzymamy się razem. W każdym razie, zaczęto nas uczyć, że myślenie jest przereklamowane i bez przyszłości. Że jakby nie było, trzeba sobie radzić. I to pies, że ktoś nie pomyślał i brakuje ludzie, to nieistotne, że informacje są nieprzekazywane przez tydzień, aż coś się stanie, to nieważne, że za odstawanie zaczęto odcinać głowy, zamiast nagradzać. Za ukłon w stronę militarnej historii naszego kraju uważam to, że partyzanckie akcje są cenione najbardziej, szkoda tylko, że są to partyzanckie akcje donosicielskie. Ludzie zaczynają sobie patrzeć na ręce, a kierownik czerpie najwyraźniej przyjemność z mówienia nam rzeczy pokroju "Ach, w przyszłym tygodniu jesteś ze mną na zmianie? Ale masz przerąbane" i omiatania biura wzrokiem godnym pana patrzącego na ścierwo.

I co? Odpyskujesz? Wiesz, że rynek ciężki i pracę chcesz zachować. Zarobek nie jest najgorszy, ale powoli zaczyna to przerastać. Ile można się w tym babrać? Pracownicy przychodzą i pytają się o wolne, o kasę, o podwyżki, bo kierownik puścił plotę, że będą, a ty musisz przekuć kierownicze "Co, znów przyszli? Haha, powodzenia" w logiczny i prosty komunikat o tym, że pracy ciągle więcej, warunki się nie poprawiają, wydawane jest na siłę wolne (chociaż bezpodstawnie) i że muszą dawać radę.

Mile widziany jest owczy pęd, przyjść na osiem godzin w wyznaczonym terminie, robić za pięć osób, wyjść do domu, powtórzyć. Tak w nieskończoność. Dostać wcześniejsze powiadomienie o audycie, kontroli, "nalocie", wszystko ładnie wysprzątać i na litość, uśmiechać się. 

Jak mądrze usłyszałem, "Kiedy będziesz próbował walczyć, przegrasz od razu. Wywalą cię i zastąpią. Rób, co każą, odpowiadaj prosto, mów, że a i b. Nie mów, że między a i b jest x podniesiony do kwadratu, dodany do pierwiastka trzeciego stopnia y i że trzeba z tego wyciągnąć deltę. I uśmiechaj się. Jak będziesz miał taką minę, to od razu pomyślą, że z nich szydzisz".

Owce. wszystko owce. Kilka setek owiec zamkniętych na parę godzin w hali, wymieniających się przy wejściu z kolejnymi baranami, odbijając karty minutowe, starając się nie spóźnić, bo wtedy trzeba odrobić pół godziny. I dostaje się rozmowę korygującą. I zabierają premię. Bo mogą. Ich prawo, ich przestrzeń. Do szeregu i robić pokorne "baa", kmiocie.

Ta praca nadal ma trochę jasnych stron, nie mówię, że nie. Co nie zmienia faktu, że mam silne wrażenie, że coraz więcej agentów bardzo starannie ich szuka i je eliminuje. Po prostu z oczu traci się jakiś konkretny cel, sprawienie, żeby to miejsce nie było takie zimne i okropne. W głowie pozostaje tylko złota myśl przewodnia, gówno leci szczeblami w dół. Mało to motywujące.

Noszę w sobie te nieprzyjemności od jakiegoś czasu i w końcu trzeba je wypluć. Zwłaszcza, jak jest się jakąś godzinę przed wyjściem do pracy. Uśmiech numer pięć, kamizelka na plecy, identyfikator na szyję, butelka z wodą w dłoń i walczyć, walczyć, walczyć. Ciekaw jestem jak jest u was z pracą, też tak.. Nieznośnie?



A tak zupełnie z innej beczki, świętujemy dzisiaj urodziny Augusty Ady King, hrabiny Lovelace. Dlaczego to jest dla mnie takie przyjemne, zapytacie? Ponieważ hrabina Lovelace była pierwszym programistą na świecie, tworzącą pod maszynę Babbage'a, która miała zaistnieć ponad sto lat po jej śmierci. Szanujmy panią hrabinę. Należy jej się.

Za oknem biała śmierć, w kubku paruje mi Theraflu Extra Grip na zmęczone gardło, Cholinex gotuje się do wyskoczenia z blistra i podwójnym saltem wyląduje w mych ustach. Obym wyzdrowiał przed powrotem Najlepszej z Narzeczonych, to już w piątek! Ach, nie mogę się doczekać.

Dzisiejsza nuta: 


Czyli nieśmiertelnie fantastyczni The Rolling Stones z nowym, wybornym kawałkiem. Nie macie pojęcia, jak bardzo się ucieszyłem, jak zostało mi to wysłane. Obejrzyjcie też ich klip do tej cudownej nuty.

Do przeczytania!