2011/07/31

Wynurzenia z cmentarza ciem.



Jest szósta pięćdziesiąt sześć. Siedzę z kawą, potarganą fryzurą, pomiętym tiszertem. Pokój jest pusty, trochę zagracony. Moje rzeczy upchnięte do jednej szafki, mieszczę się, nie mam tego dużo. Reszta to rzeczy Oli. Poza paroma ciuchami, które leżą gdzieś na podłodze czy oparciu łóżka. Oberwałbym za ten nieporządek.

Ale nie oberwę jeszcze przez dwa tygodnie. Bo wyjechała na trzy. Toteż siedzę i ze spokojem ducha siorbię kawę. Po raz pierwszy siorbię z rozmysłem. To jednak irytujący dźwięk. I zagłusza muzykę.

Mam pracę. Normalną, uczciwą i dającą dochód z którego odprowadzany jest podatek. Czarująco, prawda? Też się cieszę. Wróciłem do lifestyle który gwarantuje osiem godzin ruchu w hali magazynowej, co najmniej intrygujące towarzystwo, automat z kawą i pepsi oraz piętnastominutowe przerwy i poszerzanie słownictwa. Robienie za atrakcję turystyczną ze Śląska i konkurencyjnej firmy traktuję jako bonus.

Ludzie są mili, praca fajna, Hala duża, dojazd nie najgorszy. Ciekawe jak to się rozwinie. Dwa i pół roku jednej hali oddałem. Mogę oddać i tej, jeżeli zarobek będzie godziwy a praca nie zajedzie mi kręgosłupa do reszty.

Fakt pozyskania pracy to nie jest jedyna rzecz, która się zmieniła w ciągu ostatnich dwudziestu ośmiu dni.



Na przykład znów zacząłem pić kawę. Białą, z cukrem. Dla niektórych to nie jest kawa. Ale dla niektórych piwo to nie alkohol, marihuana to nie narkotyk a papieros to chwila relaksu, a nie powolna śmierć. Co kto woli. Przy okazji Frugo na nowo spowszedniało. Nie miałbym nic przeciwko temu jakby wróciły z nim jego stare reklamy. I jakby cena trzymała się 2zł, a nie skakała od 1,79zł do czterech złotówek, w zależności od poziomu lansu. Mile jest za to spotkać Frugo w knajpach.

Biała kawa z cukrem stała się elementem stałym moich dni. Piję ją do obiadu przed wyjściem do pracy, piję ją w pracy, z automatu. Nieprównywalnie gorszą od tej domowej, ale stała się moim małym uzależnieniem. Trochę pomaga utrzymywać pion, trochę zastępuje cichą potrzebę papierosa.

Wspominałem, że nie palę od ponad siedmiu tygodni? To dłużej niż Amy Winehouse jest trzeźwa!

Chyba, że jeszcze te żarty są nie na miejscu.

Kawa jest fantastycznym dodatkiem do wszystkiego. I cieszę się, że nie powoduje już rewolucji w moim organiźmie.


Jednym z ciekawszych eventów była impreza pożegnalna Yuki. Yukę poznałem na tej właśnie imprezie, przybyłem jako +1 T. Była czarująca, a jej całkiem licznie przybyli do knajpy znajomi barwni i sympatyczni. Można było dogadać się w co najmniej trzech językach - a spokojnie można było używać więcej - chociaż najłatwiej było po angielsku.

Najmilej wspominam moment w których obok mnie zasiadł Kohei. Kohei jest niemożliwy. Anglojęzyczny Japończyk z Hiroshimy, który w Warszawie prowadzi badania nad płcią ogórków i ewolucją roślin. I postawił mi tequilę.

- Na zdrrrrowwwie!
- Kanpai!
Poznań pozdrawia.


Zostałem opuszczony na trzy tygodnie. Łącznie. Moja lepsza połowa wyleciała do ciepłych krajów, a ja tkwię tutaj. Pracuję, śpię, robię małe zakupy, szukam pomysłów na kreatywny i sycący obiad bez użycia mikrofalówki. Czasami nawet wychodzi mi smaczny. Czasami pozwolę sobie na piwo po pracy. Wracam do rytmu. Do starego, utartego rytmu. Bardzo mi tego brakowało. Praca daje systematyczność, systematyczność zaczyna wprowadzać ład. Ład to to, czego mi cholernie brakowało przez ostatnie miesiące, zapytajcie kogokolwiek.

I nie osiągnąłbym tego gdyby nie wsparcie przyjaciół i rodziny. Dziękuję wam. Tak bardzo wam dziękuję. Jutro, w poniedziałek, miną równe dwa miesiące od mojego przyjazdu do stolicy Wielkopolski. I gdyby nie wy i wasze wsparcie, psychiczne czy finansowe to nie byłbym w stanie tego ogarnąć. Jesteście najlepsi. Kocham was bez wyjątku.

Dla ciekawskich: Skąd cmentarz ciem? Otóż miałem w tym tygodniu nocne zmiany. Pracuję na spedycji, czyli zdarza nam się otwierać wrota magazynu (jedne z wielu) na nocne niebo. Magazyn ma to do siebie, że w środku świeci się jak choinka i wabi te biedne motyle do środka. Niezależnie od tego ile ich łapię i próbuję wypuścić na wolność to i tak z miejsca wracają, a ja na następny dzień znajduję ich ciała porozrzucane po połowie spedycji. Smutne trochę.

Dobrze, dotarliśmy do siódmej dwadzieścia siedem. Czas ruszyć tyłek i zbeszcześcić dzień pański czynieniem porządków. Do następnego.


Dopiskiem: gratulacje dla jednej z moich ulubionych par. Już wy wiecie, że to o was piszę i wiecie o co mi chodzi. No. Buziaki kochani. Jestem cholernie dumny.