2011/06/02

Życie rządzone przez cyfry.



Wstępem małe wyjaśnienie - jak widać, zaczął pojawiać się element graficzny. Dorwałem się do jednego tabletu, nie wiem na jak długo, ale póki go mam to będę załączał jakieś twory rysunkopodobne. Jak łatwo się domyśleć obrazek wyżej przedstawia mnie (chociaż w sumie jestem cienym blondynem, ale tak wyszło), obok jest mój tag - jeżeli go gdzieś widzieliście, to prawdopodobne, że ja tam byłem. Swoją drogą nieźle mi wyszło jak na drugi rysunek w życiu na tablecie, do tego robiony na kolanie w pociągu, nie?

Dobrze, zaczynam więc.

Moje życie jest podporządkowane cyfrom. Liczbom. Numerom. Godzina. Stan konta. Numer pojazdu komunikacji miejskiej. Procent baterii w netbooku. Ilość groszy na telefonie. Ostatnie dwie doby, odliczanie godzin. Wszystko to składa się na rzeczy, które chcę lub muszę robić. Wszędzie w tle są numery.

Przez czterdzieści osiem godzin liczyłem kolejne, zbliżające mnie do odjazdu. W tej chwili jestem od niespełna dwóch godzin w podróży, mam nad głową walizkę, plecak i reklamówkę, na kolanach torbę. To wszysto. Już. 99% rzeczy które chciałem mieć przy sobie. 100% rzeczy niezbędnych. Najdalej za trzy i pół godziny powinienem być w Poznaniu. T. odbierze mnie z dworca, potem pojadę na osiedle na którym mam pokój, odbierze mnie moja przyszła współlokatorka. Wieczorem może się gdzieś wybiorę.

Jest czternasta. Od dwóch tygodni moje życie wiruje. Przede mną bardzo, bardzo trudny miesiąc. Boję się? Jestem przerażony. Cieszę się? Jak cholera. Jakby to był film, to byłbym jednym z tych mięśniaków z gołymi klatami, którzy stoją sami przed armią ściskając w zębach cygaro, a w dłoniach broń wielkości wprost proporcjonalnej do zajebistości którą ociekają i przecedziłbym powoli "Bring it on, bitches".

Bojowy nastrój mnie nie opuszcza.
Trzy godziny i piętnaście minut - jeżeli nie będzie opóźnień - i widzę T.
Trzy godziny i piętnaście minut i nowy sezon mojego serialu się zacznie.
Trzy godziny i piętnaście minut i znów dostanę lekkiego ataku agorafobii przy wyjściu z Poznańskiego dworca.
Trzy godziny i piętnaście minut i pojawią się nowe wyzwania i problemy, którym stawię czoła.
Trzy godziny i piętnaście minut i będę czuł się jeszcze bardziej przerażony i jeszcze bardziej szczęśliwy.

69% baterii. Dawno nie miałem Raziela na kolanach, to też jeden z powodów dla których pisałem rzadko. Najwygodniej mi się pisze na tym małym skubańcu. Ciężko mi się ułożyć przy komputerze stacjonarnym. Nie wiem, może to kwestia bliskości. Netbooka zawsze możesz wyjąć, spakować, zabrać, przenieść. Pudło musi stać, a transport go nigdy nie będzie szczególnie prosty. Poza tym jak piszę na Razielu, to zazwyczaj w podróży. Jak potrzebuję chwili to wyglądam przez okno. Przesuwający się świat za szybą, miejsca których nigdy nie odwiedzę, bo albo nie chcę, albo nie będę miał okazji, ale koją, w ten czy inny sposób. Wygoda. Słuchawki. Beltaine. Pola.

Od kiedy zapadła decyzja o mojej ewakuacji nastąpił ciąg imprez pożegnalnych, wspierania, życiowych rozmów i małych dowodów przyjaźni. Wierzcie lub nie, ale nawet Blejk pokazał uczucia (sorry bracie, musiałem). Filmik z kulminacyjnej imprezy można zobaczyć na moim kanale na youtube. Dostałem parę miłych prezentów, mnóstwo ciepłych słów i po raz kolejny zostało mi udowodnione, że mam najlepszych przyjaciół na świecie.

Niestety wszystkie zmiany niosą za sobą jakieś formy ofiar. Nie można wyjeżdżać trzystu kilometrów i nie stracić czegoś. Lub kogoś. Wczoraj musiałem oddać psa. Na szczęście poszedł w ręce najlepsze z możliwych - Cekina i Ewy. Mają ślicznie mieszkanie w pięknej okolicy, zwierzak będzie miał się gdzie wylatać i będzie miał się z kim bawić. Ewa i Cekin są też przewspaniałymi, dbającymi ludźmi. Mam wrażenie, że z nimi będzie szczęśliwszy niż ze mną. Wiem, że jeszcze go zobaczę, ale i tak żegnanie się z nim to była jedna z najcięższych rzeczy, które robiłem w życiu. Pozostaje mi trzymać kciuki i w niego wierzyć. W końcu znam się z nim ponad jedenaście lat, pierwszy raz miałem go przy sercu jak miał dwa dni. Kocham to zwierzę całym sercem.

54% naładowania, a ja chciałem się wreszcie porządnie zabrać za recenzję do GoGamers. Przez całe to zamieszanie, pożegnania, załatwiania i pakowania nie miałem nawet jak się skupić na graniu. Cieszę się, że Robert jest wyrozumiały. Swoją drogą zrobił mi ostatnio niesamowitą niespodziankę, ale o tym mi nie wolno pisać, nawet nie chcę. Niektóre rzeczy powinny pozostać tajemnicą.

Obejrzałem dwa sezony Doctor Who. Oficjalnie jest to najlepszy serial science-fiction na świecie. Ma idealnie stonowaną fabułę, żarty tam, gdzie powinny być, pomysł i wykonanie jest genialne. A przede wszystkim wyłamuje się z ram seriali i filmów sci-fi jakie oglądałem tym, że o ile koniec końców we wszystkich poprzednich stawało na niesamowitych walkach w przestrzeni kosmicznej, z milionami blasterów, setkami dział i dziesiątkami eksplozji na tle eksplozji tak tutaj Doktor rozwiązuje wszystkie konflikty za pomocą umysłu, tylko i wyłącznie. No, umysł i śrubokręt dźwiękowy. Do tego David Tennant jako Doktor, ach. Czasami mam wrażenie, że ten człowiek urodził się po to, żeby zagrać w tym serialu. Pierwszy przypadek w historii mojego oglądania jakiejkolwiek serii, żebym obejrzał cały sezon w jeden dzień. A odcinki mają po czterdzieści pięć minut. Polecam wszystkim, zdecydowanie.

Zaprzątam sobie głowę setkami informacji, żeby uciec od najważniejszych. Jeszcze teraz mi wolno. Jeszcze przez najbliższe dwie godziny i czterdzieści minut.

Zdolności adaptacyjne u mnie opierają się na alkoholu. To jedna z rzeczy nad którą zaczynam pracować. Czas zmian, obowiązkowo. Wreszcie wszystko rusza do przodu. A na czele jest pociąg. W czwartym wagonie w trzecim przedziale, na siedzeniu numer 94, tyłem do kierunku jazdy jestem ja.

Dwie godziny i trzydzieści pięć minut.